| Recenzje |
|
Agnieszka Gniotek Tekst powstał w kontekście wystawy Squadniki w Galerii Sztuki Wozownia w Toruniu (styczeń-luty 2010) i Galerii Sztuki Farbiarnia na Pięknej w Warszawie (luty-marzec 2010). Twórczość graficzna Tomka Barczyka rozpięta jest na dwóch, zdawałoby się zupełnie różnych, biegunach. Pierwszym z nich jest zdecydowanie tradycyjna technika: rzemieślnicza, rękodzielnicza, wymagająca znacznego wysiłku fizycznego – drzeworyt, linoryt, litografia. Z drugiej strony tematyka prac nie ma w sobie nic klasycznego i tradycyjnego, przeciwnie jest odbiciem zwykłej codzienności. W zespole motywów, jakimi posługuje się Barczyk znajdujemy ilustrację czasów, w których żyje, ale także co ważniejsze, sztuki jego pokolenia. Bo Tomek Barczyk w tym doborze motywów w cale nie sili się na oryginalność. Przeciwnie, jest typowym przykładem twórcy wywodzącego się z roczników 70., który wchodził w dorosłość już w nowych, kapitalistycznych i „kolorowych” czasach, gdzie coca-cola nie była wyrazem tęsknoty, a normalnym napojem, z którym problem polega na tym, że nie zawsze jest za co go kupić. Co jest, wobec tego, intrygujące w postawie Barczyka? Połączenie tradycyjnych technik graficznych z narracją, symptomatyczną zazwyczaj dla malarstwa. Lekkie, powiedziałabym nawet błahe tematy codzienne, ilustracje – bo to słowo wydaje się wyjątkowo adekwatne – najzwyklejszych zdarzeń, notatki autobiograficzne z wakacyjnych wypadów nad morze czy wizyt w klubach, przez Barczyka są z mozołem rznięte w drewnianym klocku czy linoleum, a jednak nic nie trąca na swojej finezyjnej poetyce „newsa”. I to mimo bardzo znacznych formatów, także dla grafiki nietypowych. Te „Squadniki” twórczości Barczyka czynią z niej ciekawe i intrygujące pole plastyczne, po którym chodzi się z niekłamaną przyjemnością. Prace pokazują, z jaką swobodą autor podchodzi do medium, w którym się wypowiada, swobodą świadczącą o perfekcyjnym opanowaniu warsztatu. Barczyk odżegnuje się od estetyzowania, podkreślając prawdę tkwiącą w jego kreacjach. Tylko w połowie ma racę. Te dwie rzeczy w jego kompozycjach wcale się nie wykluczają. Jest w nich prawda szybkiej notacji otaczającej rzeczywistości, jest też prawda aktu – wizerunku ludzkiego ciała, oraz zabawne, czerpiące ze świata mediów tytuły – komentarze. Jest też jednak pociągająca estetyka, dekoracyjne układy, uroda przedstawień. To również symptomatyczne dla jego pokolenia, które zaprzestało realizacji sztuki „trudnej, brzydkiej, traumatycznej”, na rzecz wyobrażeń lekkich, co nie znaczy płytkich, komunikatywnych czyli posługujących się prostym, zrozumiałym dla wszystkich językiem, i po prostu estetycznych. Telefony komórkowe, mp3, piwo z puszki, kawa w plastikowym kubeczku to nasze emblematy codziennej konsumpcji, bo jesteśmy konsumentami czy tego chcemy czy nie. Barczyk tego nie potępia, po prostu zauważa, tak samo jak to, że dziewczyna w kąpieli jest erotycznie pociągająca, a dziewczyna z puszka piwa w dłoni już jakby trochę mniej. Bo Tomek jest obserwatorem bystrym i krytycznym, a poza tym patrzy na świat oczami faceta i wcale tego nie ukrywa. Dlatego w jego pracach więcej ładnych dziewcząt niż męskich pociągających ciał. Jest tu też ruch, ekspresja gestu i zaznaczona czasem tylko konturem, ale wyraźna charakterystyka portretowa. Trudno powiedzieć dlaczego, ale czarno-białe w większości grafiki Barczyka wydają się nam barwne. Ich „gęsta” narracja sprawia, że dostrzegamy w nich cały świat opowieści, nie pozbawiony kolorów. prof. Andrzej M. Bartczak, Łódź, XII 2008 r.: [...] Wykorzystując właściwie naturę materiałów z których sporządza matrycę, w charakterystyczny, swój indywidualny, można by powiedzieć snycerski sposób buduje antropomorficzną ikonografię. Ksylografia jest w tej interesującej twórczości wehikułem dla refleksji o ludzkiej kondycji zakotwiczonej w codzienności. Jego grafiki są o człowieku. Ciekawym byłoby usłyszeć od artysty szersze uzasadnienie takiego wyboru pozbawionego formy abstrakcyjnej, półabstrakcyjnej a nawet tylko aluzyjnej do potocznego wyglądu świata, ale przecież także nie mimetycznej. Powielane obrazy graficzne Tomasza Barczyka są przedmiotowe i klarowne. Są przekonującą wykładnią formalno-kompozycyjnego problemu relacji figury do tła. Jeśli istnieje jakakolwiek opozycja w tym działaniu, to polegać może na zestawieniu przedmiotowo potraktowanej figury ludzkiej, uproszczonej, niejako symbolicznej, niekiedy pozostającej w niemal konwulsyjnej sytuacji dynamicznej, (np. Czysta podłoga, 2008), ale także w układach statycznych, pozbawionych obrazu ruchu, z potencjalnie abstrakcyjnym, kinetycznym tłem(np. Erotina – Plaża, 2006). Owo tło jest przykładem sprawności artysty w odkrywaniu różnych fakturowych rozwiązań, które ujete w pewien kompozycyjny porządek przekształcane są w ksylograficzną strukturę. Sylwetowo-płaszczyznowe, ciężkie bo czarne figury, na których tylko subtelne działanie jasnych, cienkich linii definiują np. anatomię – są znakomitą ilustracją przekonania artysty o znaczeniu „pierwotności” w działaniu artystycznym. Co prawda nie ma w tych grafikach typowego rozwiązania perspektywy kulisowej (czyli układu kulisowego), nie znaczy to jednak, że nie ma hierarchizacji oraz iluzji przestrzeni. Szczegóły obiektywne, np. firmowy znak Coca-coli czy urządzenie MP3, pojawiające się jako signum temporis, urealniają obraz i pozwalają go identyfikować w czasie, w naszym rzeczywistym, współczesnym czasie. Artysta jest aktywnym „uczestnikiem” tego czasu racjonalnie go afirmując. Nie należy rozumieć, że prace Barczyka pozbawione są określonego presłania metaforycznego i symbolizującego, pomimo inkorporowania niejako owych znaków współczesnej cywilizacji opartej także na nieokiełznanej konsumpcji. Syntetyczna, jakby wycinankowa, przypominająca nieco chiński teatr cieni, hieratyczna i poniekąd prymitywizująca sylwetka człowieka zestawiona z pulsującym i zatomizowanym tlem – tworzą przez różnorodność interpretujących sposobów napięcie formy (np. Naprawdę gorące lato, 2008; Plaża 30°, 2008). [...] Jego graficzna twórczość jest klarowna i mogę bez żadnych pejoratywnych konotacji powiedzieć – jest przejrzyście prosta. Nie ma w niej szczególnie metafizycznych tajemnic, jest jednak przenośnym obrazem fragmentów rzeczywistego życia. Ukazując różne wątki ludzkiej egzystencji, na przykład erotyczne, lub też podejmując próbę twórzcego odniesienia się do zwyczajnych wydarzeń codzienności – te i inne grafiki (również małego formatu), są wizualnym zapisem autentycznego przeżycia. Ich klarowna forma, definiująca dominantę, tzw. klucz kompozycyjny i hierarchię ważności elementów, świadczą o dojrzałości wyborów estetycznych i są świadectwem trafności pewnej, już stereotypowej dewizy: minimum środków, maksimum wyrazu. Do takiego stanu rzeczy droga jest niełatwa, świadomość konieczności odrzucenia nadmiaru, sama w sobie jest godną uwagi cechą dojrzałej świadomości. [...] Tadeusz Marciniak, 2004 r.: [...] malarskie grafiki młodego Tomasza Barczyka. Są to duże i mniejsze w formacie kolorowe linoryty. Ale tych cięć linorytniczych jest tu mało, podkreślają tylko i eksponują to, co w akcie jest najważniejsze - sylwetkę kobiety. Natomiast przyciąga w nich kolor, subtelny i zniewalający, jakby nałożony pastelami. Uderza w nich duża doza ekspresji, swoista dynamika i jednocześnie synteza. |